Science Fiction Ministra Glińskiego, 20 listopada 2016

 

Wydarzeniem ostatnich dni było podsumowanie pierwszego roku rządów Prawa i Sprawiedliwości. Wśród dziennikarzy zabrakło przedstawicieli „Nowej Fantastyki”. A szkoda, bo było to wydarzenie z nurtu science – fiction.

Choć obecny rząd z demokracją ma niewiele wspólnego, to na wspomnianym podsumowaniu można było poczuć ducha równości i braterstwa. Każdy z występujących łgał tak samo mocno i solidarnie. Kłamali tam wszyscy.
Chciałabym się jednak skupić na wystąpieniu ministra kultury, Pana Glińskiego. Kiedy rok temu minister od kultury dostał także tekę wicepremiera co bardziej naiwni (w tym ja) mogli sądzić, że kultura zyska na znaczeniu, że być może nawet rozkwitnie, mając za sobą mecenasa z tak mocną pozycją w rządzie. Dziś chyba nikt już nie ma wątpliwości, że Pan Gliński to żaden mecenas, tylko czołg rozjeżdżający wieloletni dorobek uznanych artystów i instytucji kultury i cofający nas w rozwoju kultury narodowej w okolice połowy XIX wieku. Dla Pana Wicepremiera jedyną kulturą, która zasługuje na ministerialne wsparcie to ta z odpustowych jarmarków, podlana sosem nacjonalizmu i ludowej religijności, która często niewiele ma wspólnego z wartościami chrześcijańskimi.

Żeby nie być gołosłownym przyjrzyjmy się poszczególnym „sukcesom” ministra kultury, które obwieścił niedawno urbi et orbi. Pierwszym sukcesem Pana ministra jest "stabilizacja bytowa środowisk twórczych i instytucji kultury". To niestety największy koszmar, jaki przez ostatni rok zgotował nam Pan Minister. Minister zapomniał, że ręczne sterowanie kulturą obniża zarówno wiarygodność finansową instytucji, jak i ich płynność. Dobitnym tego przykładem jest chociażby zamieszanie w Gdańsku wokół połączenia Muzeum II wojny Światowej i Muzeum Westerplatte i Wojny 1939 roku. Nadmienię, że trzy dni temu Wojewódzki Sąd Administracyjny wstrzymał wykonanie ministerialnej decyzji o połączeniu tych dwóch instytucji.
Taki sam, fatalny skutek mają nieustające roszady personalne w instytucjach kultury i wyrzucanie lub zmuszanie do odejścia uznanych menedżerów kultury, jak chociażby Pawła Potoroczyna, który do 2016 roku z sukcesami kierował Instytutem Adama Mickiewicza czy Grzegorza Gaudena z Instytutu Książki. A wybitną hipokryzją w aspekcie stabilizacji bytowej jest powołanie Cezarego Morawskiego na dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu. Dopowiem tylko, że Pan Morawski był oskarżonym za niegospodarność idącą w miliony złotych w ZASP-ie. Jeżeli przez ostatni rok nastąpiła jakakolwiek stabilizacja bytowa artystów, to chyba tylko Beacie Fido, głównej bohaterce „Smoleńska”, która doradza aktualnie w TVP-isie.

Kolejnym „sukcesem” Ministra Glińskiego jest, podobno "podniesienie poziomu oferty i jakości funkcjonowania kultury w Polsce". W normalnym kraju za takie kłamstwa przedstawiciele władzy powinni być ścigani z urzędu. To „podniesienie poziomu” to m.in. brak dotacji na rozwój sztuki współczesnej w kluczowych ośrodkach wystawowych w Polsce: MSN w Warszawie, Muzeum Sztuki w Łodzi, krakowskim MOCAKu czy Muzeum Współczesnym we Wrocławiu. Nie przyznano również dotacji na regionalne kolekcje sztuki współczesnej w najlepszych polskich galeriach jednocześnie wspierając na przykład płaskorzeźbę kopii "Bitwy pod Grunwaldem" czy fundację pewnego duchownego z Torunia. W sumie, po co wspierać sztukę współczesną, skoro o kulturze ma się pojęcie rodem ze średniowiecza.

Ministerialną kalumnią jest też stwierdzenie, że przez ostatni rok dzięki staraniom rządu "rozwinęły się kompetencje kulturalne polskiego społeczeństwa". To nieweryfikowalny ogólnik. Gdzie się rozwinęły? Jak się rozwinęły? Może ministrowi chodzi o przymuszanie szkół, aby chodziły do kina na „Smoleńsk” lub odmawianie pacierza w przedszkolach? Może ministrowi się wydaje, że nic tak dobrze nie rozwija kompetencji kulturalnych, jak cenzura i szykany artystów tworzących nie po linii partii? Trudno to merytorycznie skomentować.

Kolejny "konkret" ministra to sukces w dziedzinie "kształtowania świadomości społecznej i wzmacnianie pozycji wspólnoty politycznej". Mogę sobie tylko włosy z głowy rwać. Polityka ministra kultury doskonale wpisuje się w pogłębianie podziałów społecznych między Polakami, w dzieleniu na lepsze i gorsze sorty ludzi, jak to mawia pewien poseł z PISu. Polityka kulturalna obecnego rządu to polityka oblężonej twierdzy, do której wstęp mają nieliczni, i której najważniejszym celem jest obrona. Tylko, że wartości, które chce bronić minister ani nie są w Polsce zagrożone, ani nie są własnością jednej opcji politycznej.

Osobliwym osiągnięciem ministra Glińskiego jest „wzbogacanie kultury popularnej elementami kultury wysokiej”. I tu znowu mam problem, żeby to dostrzec. Może chodzi o występy Jana Pietrzaka w telewizji lub o Studio Yayo. Tylko mam trudność w rozszyfrowaniu kto wzbogaca, a kto jest wzbogacany. Za to festiwal filmowy w Kazimierzy Dolnym nad Wisłą po raz pierwszy od wielu lat nie otrzymał ministerialnej dotacji. A szkoda, bo to jedno z najciekawszych wydarzeń filmowych w Polsce. Krótko mówiąc – kolejne okrągłe zdanie ministra.

Wicepremier od kultury chwalił się też rozwojem przemysłów kreatywnych, wolności artystycznej i pluralizmu twórczego czy promocją polskiej kultury za granicą. Przemysły kreatywne rozwijają się pomimo, a nie dzięki wsparciu obecnego rządu. A ten może im jedynie zaszkodzić, ponieważ cechuje go obskurantyzm, który jest przeciwieństwem nowoczesności i kreatywności. Wolność i pluralizm w kulturze był, a osiągnięciem Pana ministra są nieustanne próby uśmiercenia tych wartości w polskiej kulturze. Nadmienię tylko, że jakkolwiek by się minister starał, to mu się nie uda. Więksi barbarzyńcy próbowali i polegli.

Kultura narodowa to podstawa identyfikacji wszystkich Polaków. To uniwersalny kod, który ma połączyć konserwatystę i lewicowca, starego i młodego, Polaka żyjącego na emigracji tysiące kilometrów od domu rodzinnego i tego, który całe życie spędził w Sokołowie Podlaskim. To zarówno Mickiewicz, jak i Bareja, sztuka współczesna i ludowa, genderowa i sakralna. Siłą kultury narodowej jest jej pojemność i pluralizm.

Panie Ministrze Kultury, szkoda, że zignorował Pan głos ludzi kultury na tegorocznym kongresie. Pana nieobecność była wymowna. Uczestnicząc i wsłuchując się w głos ludzi kultury zrozumiałby Pan jakie są realne problemy środowiska twórczego i co ich najbardziej trapi. A jeśli Pan tego nie wie, to proszę spytać Pańskiego brata, jednego z wybitnych twórców polskiej kultury.