4 czerwca 1989. 04.06.2016

 

Czym dla mnie, wówczas 17-letniej dziewczyny, był przełom 1989 roku i upadek systemu komunistycznego w Polsce? Było to jak przejście przez drzwi do krainy Narnia. Do upragnionego, do tej pory zakazanego świata, o którym śpiewali idole mojej młodości. To był przełom przede wszystkim w sferze poczucia wolności, że można bez oglądania się za siebie coś wykrzyczeć, napisać, zamanifestować wszystko to, co się myśli.

Cała konsumpcyjna kultura Zachodu z żywymi kolorami, blichtrem, modami przyszła później. Było to miłe dla oka i zupełnie inne od rzeczy dotychczas nam znanych. Czasami było i niezrozumiałe, ale i najczęściej poza zasięgiem naszych nikłych finansowych możliwości. Bo nam chodziło przede wszystkim o głęboki oddech, o tę wolność właśnie.

Dla każdego jednak takie historyczne przełomy znaczą coś innego. Dlatego nie będę pisać o sobie, ale przytoczę rozmowę z jednym z moich znajomych - z Łukaszem, który patrzył na te zmiany oczami dziecka, bez doświadczania szarości i beznadziei lat 80. Takie pierwsze świadome wspomnienia, które przypadły na początek naszej transformacji ustrojowej.

Kilkuletnie dziecko nie rozumiało poczucia wolności w sensie obywatelskim. Ramy jego wolności wyznaczali rodzice, a nie PZPR. Podobnie jak rok wcześniej w 1989 roku Łukasz dostał prezenty na urodziny i pod choinkę, a babcia przygotowała jego ulubione faworki. Wciąż zdarzały się przerwy w dostawie prądu i całe osiedle z wielkiej płyty zamieniało się nagle w czarną dziurę, rozświetlaną z czasem nikłym płomieniem świec. Ale pomimo tej ciągłości dzieciństwa pamięta też to ożywienie dorosłych, niekończące się dyskusje na tematy zupełnie niezrozumiałe, których słuchało się z otwartą buzią i fascynacją niewiele mniejszą od dorosłych dyskutantów.

Ja pamiętam kolejne przełomy: Okrągły Stół, wybory czerwcowe, prezydenta Wałęsę. Łukasz wspomina z tamtych czasów pojawienie się gumy Turbo, Kukuruku, program "Polskie ZOO" z żółwiem i lwem. Pamięta też pana w dżinsowej koszuli, o którym rodzice wypowiadali się z uznaniem. Czyli ktoś dobry, czyli lubimy.

I pomimo tak różnej percepcji tamtych zdarzeń: z jednej strony prawie pełnoletnia dziewczyna, z drugiej strony kilkuletnie dziecko oboje mamy po latach podobne przemyślenia. Uczestniczymy w czymś nowym, w czymś ważnym. W jego pamięci jak żywe są opowieści rodzinne "o komunie", bo to całkiem aktualna historia jego rodziców, czyli w dużej mierze jego własna. Słysząc wciąż te opowieści, wchodzi w świadome życie społeczne, w którym są one dla niego już nieaktualne. Czuje, że ma wielkie szczęście, a przecież tak niewiele brakowało, żeby tego szczęścia nie miał.

Teraz ma trzydzieści kilka lat. Nie rozumie obecnych dwudziestolatków, którzy myślą, że wolność, demokracja i Facebook są od zawsze i są oczywiste jak powietrze.

Otóż nie są.