Mały duży handel

W latach 90-tych Polska przeżywała gwałtowny rozwój małej przedsiębiorczości. W naszych miastach na placach, skwerach czy całych ulicach pojawiały się stragany, gdzie można było kupić niemal wszystko. Od magnetowidów i innych sprzętów RTV przywożonych z Berlina, przez lokalne wyroby spożywcze, rosyjskie złoto, po chińskie ubrania.  Handlowano z samochodów, na polowych łóżkach, wystawionych stolikach, a jak ktoś dorobił się już trochę, kupował blaszaną „szczękę”. Oczywiście estetyka tego zjawiska pozostawała wiele do życzenia, jednak na brak przedsiębiorczości Polaków nie mogliśmy wtedy narzekać.
Ten rozwijający się handel został w pewnym momencie ograniczony, m.in. przez wprowadzenie w Polskich miastach lokalnego prawa zakazującego handlu obnośnego i obwoźnego poza wyznaczonymi miejscami. W ten sposób powstały nowe lub rozbudowano przestrzenie do handlowania, nazywane rynkami albo targowiskami, które do dzisiaj cieszą dużą popularnością. Sama w każdą sobotę robię zakupy na targowisku przy Macieju lub na „Manhattanie”. Zwiększyła się estetyka handlu a właściciele powierzchni zaczęli na przedsiębiorcach zarabiać za powierzchnię najmu. Jednak to również ograniczyło rozwój drobnego handlu, który zniknął z naszych ulic. W kolejnych latach zaczęły pojawiać się pierwsze hipermarkety i centra handlowe, które oferowały możliwość robienia zakupów w dobrych warunkach, z markowymi produktami. Te jednak nie są skupiskiem drobnych przedsiębiorców, ale skupiskiem globalnych albo ogólnopolskich „sieciówek”. Pojawienie się galerii handlowych i supermarketów okazało się trafnym rozwiązaniem dla naszego społeczeństwa, które masowo zaczęło robić tam zakupy, jednak spowodowało upadek lokalnych sklepików, a na Starym Mieście prawie całkowity upadek handlu.
Zachowanie różnorodności miejsc robienia zakupów jest nam mieszkańcom potrzebna, jednak do tej pory popełniono zbyt wiele błędów, które doprowadziły do obecnej trudnej sytuacji lokalnych przedsiębiorców. Po pierwsze duże centra handlowe powinny być budowane na skrajach miast. Po drugie, na każdym osiedlu powinny zostać wyznaczone ulice lub skwery handlowe, ze skupiskiem drobnych sklepów, usług, ale też możliwością handlu obnośnego i obwoźnego. Dobrymi warunkami do robienia zakupów, np. organizacją parkingów dla samochodów i rowerów, czy choćby miejscami do siedzenia. Po trzecie na osiedlach, w pobliżu miejsc zamieszkania, powinny być targowiska, które zaopatrują mieszkańców w zdrową, lokalną żywność i są najtańsze ze względu na najniższy koszt powierzchni najmu.
Lata zaniedbać w zarządzaniu tym aspektem doprowadziły do paradoksalnej wręcz sytuacji, gdzie przedsiębiorcy na targowisku chcą zbudować galerię handlową, aby sprostać, wydawałoby się dzisiejszym potrzebom klientów. Czy jednak to jest rozwiązanie? Otóż nie. Każda z form działalności handlowej ma swoją specyfikę, a mieszkańcy potrzebują zarówno targowisk, jak i lokalnych sklepów, a także dużych galerii handlowych. Pokazują to także konsultacje społeczne, które przeprowadzono w związku z planami budowy Toruńskich Sukiennic. Mieszkańcy wyraźnie powiedzieli w nich, że potrzebują targowiska a nie galerii handlowej.
Zdarza mi się dosyć często odwiedzać inne miasta Europy. To co lubię najbardziej to wizyta na lokalnym targowisku pełnym tamtejszych specjałów. Na takim targowisku nie tylko człowiek może dobrze zjeść, dobrze się zaopatrzyć ale również może poobserwować i posłuchać co mówią ludzie.
W dyskusji o przyszłości targowiska przy Chełmińskiej nie możemy skupiać się tylko na tym czy budować tam galerią czy nie. Musimy znaleźć rozwiązanie, dzięki któremu pozostanie targowisko, a przedsiębiorcy, którzy chcą się rozwijać, będą mieli taką możliwość i otrzymają wsparcie od Samorządu. Potrzebna jest generalna dyskusja o rozwoju lokalnego handlu i systemowych rozwiązaniach, które będą go wspierały.